Jordan i ubodzy

sierpien18OJKiedy poproszono mnie o przygotowanie refleksji na temat naszego Założyciela, jego umiłowania ubogich oraz tego, jakie znaczenie ma ta postawa O. Jordana w moim własnym życiu jako salwatorianina, od razu wziąłem jego Dziennik duchowy i Przemówienia, aby zobaczyć czego się dowiem na ten temat. Ku mojemu zdziwieniu, o ile odnajdujemy w tych tekstach wiele na temat dużego zaangażowania Jordana na rzecz "ubóstwa" jako kwestii podstawowej w życiu zakonnym, prawie wcale nie mówi on wprost na temat swojego umiłowania ubogich i relacji z nimi. Niemniej, można odnaleźć pewne aluzje, wskazujące na to, jak Założyciel odnosił się do ubogich. Najważniejszą odnajdujemy w Przemówieniach, gdzie O. Jordan mówi: “...abyśmy w najuboższym, samotnym, poniżonym człowieku widzieli jego duszę nieśmiertelną, za którą Chrystus przelał krew i umarł, której piękno jest tak wielkie, że święta Katarzyna mówi, że chętnie umarłaby sto razy, aby ją uratować! Tak właśnie patrzmy na tego człowieka: jest on obrazem Boga!” (Przemówienia, 18.02.1898).  Inaczej mówiąc, spojrzenie Jordana wychodzi poza konkretną sytuację życiową danej osoby i dostrzega w tej osobie obecność Boga. Każda osoba jest obrazem kochającego Boga. Św. Jakub przypomina nam w swoim liście: “Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują?” (Jk 2,5).

Niedawno wróciłem z urlopu w Nowym Jorku. Kolejny raz uświadomiłem sobie ubóstwo bezdomnych mieszkających na ulicy. Muszę wyznać, że mimo że moje serce się do nich wyrywa, zwykle po prostu przechodzę obok. Pewnego dnia jeden z tych ludzi podszedł do mnie. Pomyślałem sobie: Jeszcze jeden bezdomny przychodzi prosić o pieniądze. Jednak zamiast tego, człowiek ten uśmiechnął się do mnie, uścisnął moją dłoń, życzył miłego dnia i poszedł dalej. Wzruszyło mnie to pozdrowienie i w tamtej chwili nie był on już dla mnie kolejnym żebrakiem proszącym o pieniądze, ale osobą, człowiekiem, ukochanym przez Boga jego dzieckiem. Postawa, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że Bóg pragnie, aby WSZYSTKIE jego dzieci znalazły się pewnego dnia z nim w jego Królestwie zmienia wszystko. Oznacza to, że jako salwatorianin, wezwany aby nieść dobroć i łagodność Zbawiciela WSZYSTKIM ludziom, muszę o tym pamiętać, ta prawda ma mi pomagać w umacnianiu postawy współczucia i inkluzywności, które cechowały naszego Założyciela. 

Jak wspomniałem wcześniej, O. Jordan w Przemówieniach szczególnie podkreśla zewnętrzną praktykę ubóstwa, która powinna cechować członków Towarzystwa. Niektóre praktyki, jak ta, aby nie nosić ze sobą pieniędzy, czy prosić przełożonego domu o pozwolenie na zakup jakiejś rzeczy osobistej, lub wyznawać złamanie ślubu ubóstwa, kiedy wydamy pieniądze  bez pozwolenia, wydają się nam dzisiaj nieaktualne czy nawet dziecinne. Z pewnością nagląca konieczność zaradzenia często niezwykle trudnej sytuacji finansowej młodego Towarzystwa usprawiedliwiała troskę Założyciela o to, jak członkowie żyją ślubem ubóstwa. Uważam jednak, że istnieje też inna, może głębsza przyczyna takiego podejścia Jordana do tego ślubu. Jeśli mamy być wiarygodni w naszym głoszeniu ubogiego i pokornego Zbawiciela, czy nie jesteśmy wezwani, abyśmy w naszym życiu naśladowali Jego sposób życia? Trzeba przyznać, że stanowi to wyzwanie, kiedy żyjemy w takiej kulturze, jak - przykładowo - kultura amerykańska, gdzie sukces mierzy się tym, kto ma rzeczy największe, najlepsze i ma ich najwięcej. O ile unikanie noszenia przy sobie pieniędzy może nie stanowić dobrej odpowiedzi na to wyzwanie, to pomocne w tej kwestii będzie zadbanie o to, aby co jakiś czas przebadać swój styl życia i zadać sobie pytanie, jakiej zmiany, choćby najmniejszej, możemy dokonać, aby nasz sposób życia jako poszczególnych osób i jako wspólnoty stał się prostszy. O. Jordan przypomina nam, że proste życie wymaga postawy zaufania, która nas kształtuje, postawy ufności w Opatrzność Bożą. W przemówieniu wygłoszonym 15 czerwca 1894 r. Jordan powiedział: “Im większa ufność, tym więcej osiągniemy przed Bogiem. Dlatego w całej naszej nędzy musimy zawsze patrzeć w górę, skąd oczekujemy naszej pomocy!” Owocem tej ufności jest większe zaufanie Bogu i Zgromadzeniu, umożliwiające nam prowadzenie prostszego stylu życia. To z kolei zbliża nas do ludzi, którym mamy służyć. Inaczej mówiąc, wezwanie Jordana do życia w Świętym Ubóstwie stanowi dla mnie wyzwanie, abym przyjrzał się, jak mój styl życia może mi przeszkodzić w życiu w jedności z ludźmi, szczególnie ubogimi, którym mam służyć i w życie których mam próbować wnieść miłość Zbawiciela. Niech przykład naszego Założyciela pomoże nam doskonalić autentyczne umiłowanie ubogich i prostsze podejście do przeżywania swojego życia w dzisiejszym świecie.

Peter Schuessler SDS

Jordan trwający w cieniu Krzyża i odważnie znoszący cierpienie

lipiec18OJW chrześcijaństwie odwaga odzwierciedla, jak bardzo ktoś kocha Boga i Jezusa Chrystusa, którego posłał. W tym rozumieniu zatem, odwaga zakłada krzyż i cierpienie, ale także sukces. Jak dowiadujemy się z różnych źródeł historii i charyzmatu naszego Towarzystwa, było wielu odważnych salwatorianów, którzy poświęcili całe swoje życie dla Boga i dla Jego Kościoła. O. Franciszek Jordan i bł. Maria od Apostołów, wypełnieni gorliwością misyjną, stanowili niezwykły dar dla Kościoła.
Jordan, podobnie jak wielu innych założycieli zgromadzeń zakonnych, był człowiekiem modlitwy, z pokorą i odważnie stawiającym czoła wyzwaniom dla swojej misyjnej wizji. Pociągnięty nakazem Jezusa: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świetego (Mt 28,19), założył Towarzystwo, którego zadaniem jest wypełniać to wezwanie. Pragnął założyć Towarzystwo, którego misja angażowałaby wszystkich ludzi i wszystkie narody. Posłuszny Kościołowi, zmienił nazwę dzieła z Apostolskiego Towarzystwa Nauczania na Katolickie Towarzystwo Nauczania – co nie odzwierciedlało dogłębnie jego wizji. Odeszli niektórzy jego współpracownicy, nie widząc przyszłości dla Towarzystwa, jednak on nigdy nie stracił nadziei, wierzył, że ostatecznie nadejdzie moment realizacji jego planów przez Kościół.
Celem O. Jordana było założenie Towarzystwa misyjnego, które angażowałoby mężczyzn i kobiety, osoby zakonne i świeckich. Późniejsze oddzielenie się od Towarzystwa pierwszej grupy sióstr było dla niego kolejną chwilą wielkiego smutku. Wtedy nie pozostało mu nic innego, jak tylko poszukiwać innych sposobów na powołanie na nowo do życia wspólnoty Sióstr. Radosnym momentem było więc dla niego założenie nowej gałęzi żeńskiej Katolickiego Towarzystwa Nauczania. Uważał, że przyszłość Towarzystwa zależy od członków cechujących się gorliwością misyjną. Pomimo niewielkiej liczby członków, wysłał niektórych do pracy na terenach misyjnych. Niektórzy nie mogli kontynuować pracy misyjnej ze względu na konflikty personalne, inni odeszli z Towarzystwa z powodów osobistych. Trudności trwały – w następnych latach Założyciel musiał zmienić nazwę Katolickiego Towarzystwa Nauczania na Towarzystwo Boskiego Zbawiciela. Podobnie plany O. Jordana pokrzyżował wybuch I Wojny Światowej (1914), który nie tylko w dużym stopniu wstrzymał plany misyjne Towarzystwa, ale także jego rozwój.
Rozważając powyższe przykłady trudnych chwil w życiu O. Jordana, możemy teraz dobrze zrozumieć i zdecydowanie stwierdzić, że O. Jordan żył w cieniu krzyża i odważnie znosił cierpienie. Stawiał czoła wielu trudnościom wobec swojej wizji założycielskiej, przychodzących zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz, a także ze strony Kościoła. Jego odważny duch przypomina nam, że jeżeli jesteśmy prawdziwie zjednoczeni z Chrystusem, ostatecznie wszystkie problemy I zniechęcenia staną się błahe. Nasz Założyciel wierzył w to, co napisał św. Paweł w liście do Rzymian, że jesteśmy dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy to po to, by wspólnie mieć udział w chwale (Rz 8,17).
Te kilka momentów, które stanowiły wyzwanie dla wizji O.  Jordana, tak jak to zostało wspomniane, wskazuje na to, że życie modlitwy, posłuszeństwo, wytrwałość I odwaga to cechy, które żywo trwały i wibrowały w jego życiu. Zawsze pracował on dla przyszłości Towarzystwa i pragnął, aby czynili to także jego duchowi synowie i córki. W czasach Założyciela były osoby, które opuściły Towarzystwo, ponieważ nie widziały dla niego przyszłości. Dzisiaj ta tendencja wydaje się zmieniać, dla młodych członków Towarzystwa po profesji zakonnej wielkim problemem nie jest przyszłość Towarzystwa, ale ich przyszłość w Towarzystwie. Ich umysły absorbuje bardziej ich własny los w zgromadzeniu, niż cel i przeznaczenie Towarzystwa. Kiedy myślimy najpierw o sobie, a dopiero potem o Towarzystwie, z pewnością jest to myślenie przeciwne Założycielowi. Jeśli jednak myślimy przede wszystkim o budowaniu Towarzystwa, jest to myślenie zgodne z duchem Założyciela.
Jako duchowi synowie i córki O. Jordana, musimy przyjąć nie tylko jego ducha umiłowania Towarzystwa i Kościoła, ale także jego odważnego i przepełnionego cierpieniem ducha na rzecz Bożej misji. Potrafił on żyć w cieniu krzyża i odważnie znosić cierpienie, ponieważ pokładał nadzieję w Jezusie Chrystusie. Najcenniejszymi darami, jakie możemy ofiarować Założycielowi są głęboka modlitwa, realizacja dzieł misyjnych i troska o nie, życie ślubami zakonnymi, ufność w Bogu, umieranie dla Kościoła i zwalczanie wszelkiego rodzaju indywidualizmu.

ks. Sayon Rukurugu SDS

Jordan – zwolennikiem działalności świeckich, wzywający wszystkich, aby byli apostołami

czerwiec18OJKażdy ochrzczony człowiek jest wezwany do tego, by być na co dzień apostołem Chrystusa. Wynika to z faktu przyjęcia sakramentu chrztu świętego. Poprzez sakramenty Bóg wyposaża każdego człowieka w duchowe dary, potrzebne do wypełnienia ich apostolskiego zadania.
W życiu każdego człowieka przychodzi moment, gdy trzeba podjąć decyzję dotyczącą życiowego powołania. Pragnienie służby Bogu i drugiemu człowiekowi jest darem, jaki każdy otrzymał od Boga. Być apostołem Chrystusa, to iść Jego śladami, naśladować Go w życiu codziennym i w posługiwaniu na rzecz tych, którzy jeszcze nie znają Boga i nie pokochali Jego Syna Jezusa Chrystusa. Jest to nasza salwatoriańska misja, na której tak bardzo zależało naszemu Założycielowi. Każdy z ochrzczonych jest powołany do bycia apostołem, zwłaszcza zaś salwatorianin powinien zabiegać o to: „aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J17,3).
Nasz Założyciel często wspominał, że: „jest naszym zadaniem, by w miarę możliwości żyć w Duchu Jezusa Chrystusa i naśladować Świętych Apostołów” (Zachęty i upomnienia, s. 91).
Założycielowi zależało, aby nie tylko księża, bracia czy siostry zakonne, ale również wszyscy świeccy wsłuchani w głos naszego Pana byli Jego apostołami i świadkami przed światem i innymi ludźmi.
Świeccy mają być apostołami poprzez pogłębianie życia wiarą każdego dnia, poprzez praktykowanie modlitwy i dawanie świadectwa.
Dla Założyciela ważne było, aby świeccy praktykowali wiarę w codziennym życiu, kładąc nacisk na sakrament pokuty oraz częste przystępowanie do Komunii świętej.
Dla nas salwatorianów, księży, braci, sióstr zakonnych i świeckich niezwykle ważnym i ciągle aktualnym jest to wezwanie naszego Założyciela i dlatego staramy się wypełnić misję jaką postawił przed nami o. Jordan. Głosimy Ewangelię i Zbawiciela Świata wszędzie tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne, wszędzie tam, gdzie ludzie jeszcze nie znają i kochają Jezusa Chrystusa.
To wezwanie Założyciela jest zaproszeniem również dla mnie, jestem zaproszony aby być apostołem w dzisiejszym świecie, mam głosić Zbawiciela świata: manifestare Dominum nostrum omnibus et ebique.

ks. Artan Seli SDS

Jordan - promotor prasy katolickiej

maj18OJFranciszek Maria od Krzyża Jordan, założyciel Salwatorianów, pragnął wykorzystywać wszelkie możliwe i godne środki, by dotrzeć z Ewangelią do jak największej liczby osób. Nie powinien zatem nikogo dziwić fakt, że w czasach sobie współczesnych korzystał ze środków społecznego przekazu a takim wtedy była prasa. Zdumiewać może jednak skala jego działań. Ojciec Jordan działał bowiem odważne i z rozmachem.

Prasa katolicka od samego początku była środkiem, który Jordan wybrał sobie, by prezentować swoje dzieło apostolskie, później zaś służyła do oddziaływania apostolskiego czyli po prostu ewangelizacji. Wiedział, że prasa ma ważne znaczenie dla owocnego rozwoju przedsięwzięcia apostolskiego. Utwierdzały go w tym liczne rozmowy i spotkania z ludźmi zajmującymi się wydawaniem czasopism. Wśród takich ludzi Jordan poszukiwał współpracowników. Nawiązywał współpracę z drukarzami, redaktorami, artystami-grafikami – potrzebował oddanych pracowników. Dbał o szczegóły, piękną formę, ilustracje wydawanych publikacji. Osobiście doglądał przebiegu pracy i jej efektów. Nawet jeśli rezultaty nie były widoczne od razu.

Na początku 1882 roku o. Jordan – wedle wspomnień ks. B. Lüthena – pełen nadziei rozsyłał pierwszy numer pisma Der Missionär po wielu dekanatach w Austrii. Rezultat był prawie żaden. Jednak Założyciel nie tracił nadziei, nie zrażając się niepowodzeniami, pracował i drukował wytrwale i konsekwentnie dalej.

W samym tylko roku 1881 liczba opublikowanych pism i broszur wyniosła aż 60 tysięcy egzemplarzy! W pierwszych latach istnienia Towarzystwa z jego inicjatywy powstało wiele pism - można wymienić, m.in.: Il Piccolo Monitore, Il piccolo Monitore cattolico, L'amico dei Fanciulli, II Monitore Romano, Der Missionär, Nuntius Romanus.

O tym jak bardzo na sercu naszego Założyciela leżała kwestia apostolatu prasy świadczy także liczna korespondencja. W samym tylko 1882 r. napisał ponad 140 listów. Kierował je do wydawnictw, takich jak „Benziger”, „Herder” „Libreria Salesiana” w Turynie, a także do redakcji czasopism: jezuickiego „Civilta Cattolica”, do dyrektora redakcji czasopisma „O Apostolo” w Rio de Janeiro, do prefekta apostolskiego w Kopenhadze, do monsignora Grüdera, dyrektora redakcji czasopisma „India Cattolica” w Bombaju, do dyrektora poczty włoskiej, do wielu swoich przyjaciół i współpracowników... Pośród tych listów odnaleźć można także te oficjalne kierowane do Ojca Świętego oraz kardynała wikariusza diecezji rzymskiej. Wskazuje to na wielkie oddanie dla sprawy i rozmach w działaniu.

Wszystko to powinno rodzić w nas wiele refleksji. Ten rozmach i odwaga ewangelizacyjna Jordana mogą nas dzisiaj wszystkich zawstydzać. Żyjemy w dobie tak licznych ułatwień komunikacyjnych, w dobie królowania mediów społecznościowych. Każdy z nas praktycznie bez ograniczeń i bardzo tanio może publikować w internecie docierając do tysięcy potencjalnych odbiorców. Także druk jest dziś nieporównywalnie prostszy i tańszy nie mówiąc już nowych mediach jak audio i video, których w czasach Jordana nie było.

Warto zadać sobie pytanie o to, czym i jak się dzielimy z najbliższym otoczeniem? Potrafimy publikować zdjęcia swoich posiłków, mieszkań, najbliższych osób i samych siebie. Potrafimy dzielić się z otoczeniem nawet najbardziej osobistymi informacjami: co dziś jadłem, gdzie biegałem lub spacerowałem, z kim się spotkałem, co widziałem, itd., itp.

Zazwyczaj nie jest to zbyt mądre i nie służy praktycznie niczemu. Mając wiele więcej możliwości niż działający w XIX wieku ojciec Jordan nie wykorzystujemy ich do ewangelizacji. Dziś przeglądając ulotki i broszury, które tworzył lub współtworzył o. Jordan pojawia się myśl, że choć były one bardzo skromne i proste wobec naszych obecnych możliwości to jednak powstały z myślą o rzeczach Bożych i wielkich i ich pożyteczność była ogromna. Dzięki tym pismom świat dowiadywał się o dziele o. Jordana, wstępowały setki kandydatów, dzieło rozrastało się. A co zostanie po nas i jaki pożytek będzie po naszej „twórczości”?

W listach, które pisał o. Jordan widoczny jest jego wielki, płonący duch apostolski. Kiedy otrzymywał ofiarę na rozwój dzieła apostolskiego, od anonimowego darczyńcy odpowiadał w ten sposób:

Człowiek napełniony duchem apostolskim czyni wszędzie wiele dobra, gdziekolwiek się znajduje; można o nim powiedzieć „przeszedł przez życie, czyniąc dobrze”. Gdybyśmy posiadali ducha apostołów, świat zmieniłby się wkrótce; módlmy się o to [w tej intencji].

O takiego ducha prośmy i my, którzy posiadamy na co dzień dużo większe możliwości docierania do innych przez internet, prasę, media - niech choć odrobina gorliwości o. Jordana i jego pierwszych współpracowników przejdzie na nas i napełni nas pomysłami i odwagą w ich realizacji.

Br. Leszek Szura SDS

Ojciec Jordan – wierny Kościołowi

kwiecien18OJKiedy zastanawiam się nad tematem „Ojciec Jordan - wierny Kościołowi”, zdumiewa mnie to, jak głęboko w istocie sięgała wierność naszego Założyciela. Co do jego wierności, podobnie jak co do jego całkowitego oddania Świętej Matce Kościołowi, nie sposób żywić wątpliwości. Chciałbym wskazać na dwa zdarzenia, które wyraźnie ukazują tę wierność naszego czcigodnego Założyciela. Osobiście sądzę, że w zdarzeniach tych ujawnił się jego wspaniały charakter. Pierwsze z nich miało miejsce w czasie trudnego okresu w Rzymie, na początku nowej fundacji, drugim zaś była długotrwała wizytacja Stolicy Apostolskiej.

Przyjrzyjmy się zatem pierwszemu z nich. Jak wszyscy wiemy, 8 grudnia 1881 roku Ojciec Jordan i jego dwóch towarzyszy: ks. Bernhard Lüthen i ks. Friedrich von Leonhardi, spotkali się w kaplicy św. Brygidy w Rzymie w celu założenia nowej fundacji. Był to dzień historyczny. Ojca Jordana i jego dwóch towarzyszy przepełniała radość. Gdy następnie z całą gorliwością i entuzjazmem zabierali się do pracy, by przeprowadzić swoje przedsięwzięcie, pojawiły się jednak oznaki pierwszych trudności. W roku 1882, kiedy działalność Towarzystwa nie trwała jeszcze nawet przez rok, a obejmowała publikację pism i broszur ogłaszających powstanie tej nowej fundacji (Apostolskiego Towarzystwa Nauczania), kardynałowie i biskupi zalecili, by usunięto z jej nazwy słowo „apostolskie” –  a następnie wywierali w tej sprawie nacisk. Było to dość niefortunne, pragnieniem Założyciela było bowiem, by przymiotnik „apostolskie” określał ducha, który miał ożywiać członków Towarzystwa, tymczasem jego intencja została zrozumiana w zupełnie innym sensie. Ponieważ Założyciel bardzo pragnął, by właśnie to słowo określało ducha Towarzystwa, usunięcie przymiotnika „apostolskie” z nazwy jego fundacji było dlań bardzo bolesne. Mimo wszystko jednak doświadczenie to w pozytywny sposób otwiera przed nami możliwość dostrzeżenia zupełnie nowego wymiaru postaci Założyciela. Stało się ono dla niego okazją do ukazania jego – opartego na głębokim szacunku – podporządkowania władzom kościelnym. „Kochaj coraz bardziej święty Kościół katolicki! Nie szczędź trudu ani cierpienia dla tej drogiej matki!” (DD, I/70). Zdarzenie to ukazało również, że Założyciel był prawdziwie wiernym synem Matki Kościoła.

Spośród wielu prób, którym poddawany był w swoim życiu Założyciel, prawdziwym i długotrwałym testem jego wierności Kościołowi okazała się wizytacja Stolicy Apostolskiej.

Rozpoczęła się ona już na wczesnym etapie dziejów Towarzystwa, a zakończyła dopiero pięć lat przed śmiercią Założyciela. Wszystkie ważne przedsięwzięcia i plany, zanim można je było zrealizować, musiały być w tym okresie poddawane ocenie wizytatora. Oczywiście działanie to nie wskazywało na potępienie przez władze kościelne. Jeśli dokładnie przyjrzymy się sytuacji Towarzystwa w tamtym okresie, okazuje się, że młode Towarzystwo, które założył Ojciec Jordan, w istocie skorzystało na wizytacji apostolskiej. W wielu wypadkach Założyciel postrzegał wizytację jako prawdziwe błogosławieństwo. Mianowanie wizytatora okazało się pod wieloma względami korzystne i zapewniało ochronę tej nowej fundacji. Mimo jednak że w zamierzeniu władz kościelnych wizytacja służyła najlepszemu interesowi Towarzystwa, rzucała ona pewne cienie na jego pracę. Jeśli chodzi o Założyciela, wiązała się raczej ze szkodami niż z pomocą.

Fakt, że wspólnota znajduje się pod nieustanną obserwacją władz kościelnych, musi oznaczać, że władze te jej nie ufają. Wizytacja oznaczała zatem, że władze kościelne nie ufały dziełu Założyciela. Miało to niewątpliwie szkodliwy wpływ na autorytet Założyciela, tak wśród członków Towarzystwa, jak i w świecie zewnętrznym. Jakimż bolesnym doświadczeniem dla Założyciela musiała być konieczność zwracania się z prośbą o aprobatę osoby z zewnątrz, kiedykolwiek pragnął działać na rzecz rozwoju swojego Towarzystwa. Warto zwrócić uwagę, że osobie tej, niebędącej członkiem Towarzystwa, trudno było wyobrazić sobie wszystkie okoliczności i kontekst danej sytuacji, by podjąć właściwą decyzję. Niewątpliwie Założyciel został potraktowany bardzo surowo, co często było przyczyną jego niewypowiedzianego cierpienia.

Właśnie jednak ów czas prób pozwala mi dostrzec, jak głęboko wierny Kościołowi pozostawał nasz czcigodny Założyciel. Ani ogromne próby, którym był poddawany, ani głębokie cierpienia, których doznawał, nie były w stanie powstrzymać ani pomniejszyć jego zapału, jego determinacji, jego wierności ani jego szacunku dla władz kościelnych. Wprost przeciwnie, wszystkie te doświadczenia czyniły go to jeszcze głębiej wiernym i dodawały mu siły. Teraz, gdy jestem synem duchowym Ojca Jordana, stawiam sobie pytanie: Co oznacza dla mnie wierność, którą Ojciec Jordan okazywał Kościołowi? Po pierwsze, wierność ta wymaga ode mnie, bym uczył się od niego, jak być człowiekiem wiernym. Osoba wierna to osoba, której można zaufać. Po drugie, naprawdę podziwiam naszego Założyciela za jego pełne uszanowania podporządkowanie władzom kościelnym. Było ono naprawdę niezwykłe, ponieważ bez względu na próby, jakim go poddawano, pozostał on do końca wierny. Po trzecie, wierność, jaką nasz Założyciel okazywał Kościołowi, stanowi owoc jego niezachwianej ufności Bogu. Jest to naprawdę zadziwiające. Żadne cierpienia, żadne rozczarowania ani żadne próby nie były w stanie zachwiać jego absolutnego zaufania Bogu. Wskazuje to, że jako duchowy syn Ojca Jordana muszę zawsze ufać Bogu.

Wszystkie te cechy naszego Założyciela przypominają mi, a także nam wszystkim, jego duchowym synom i córkom, że przede wszystkim musimy być ludźmi wiernymi. Ponadto, ponieważ jesteśmy osobami zakonnymi, zostaliśmy powołani nie do tego, by odnosić sukcesy, lecz do tego, by zachowywać wierność. Musimy być wierni Chrystusowi, źródłu życia. Musimy być wierni naszemu powołaniu i naszemu salwatoriańskiemu posłannictwu, by kontynuować dzieła, które rozpoczął nasz Założyciel. I musimy być wierni naszej Matce Kościołowi, do którego należymy i w którym uczestniczymy, realizując swoje posłannictwo sprawiania, by wszystkie ludy i narody poznały Boga.

Ks. Ka Drim SDS

Radość misji

marzec18OJNasz Założyciel, O. Franciszek Maria od Krzyża Jordan, miał zawsze bardzo silną świadomość powołania misyjnego i przez całe swoje życie potrafił przekazywać tego misyjnego ducha swoim duchowym synom i córkom. Dał dowód wyjątkowej odwagi, gdy już na samym początku istnienia Apostolskiego Towarzystwa Nauczania rozpoczął misje w Assamie, w północno-wschodnich Indiach. Wiemy, że wówczas członków Towarzystwa było niewielu, wszyscy przebywali w Rzymie.

W słowach wypowiedzianych w chwili rozesłania pierwszych misjonarzy do Azji dostrzec można goszczące w jego sercu uczucie radości, obok bólu, jaki odczuwał przy każdym rozstaniu ze współbraćmi: „Ale ogarnia nas też radość, gdy pomyślimy, że udają się do Azji, na kontynent, który jest kolebką ludzkości, aby tam głosić Chrystusa ukrzyżowanego. Nasi współbracia, pierwsi, których wysyła nasz zakon, mają nieść narodom pokój, radosną nowinę Ewangelii. Radość z tego powodu musi być znacznie większa niż ból” (Przemówienie z 17.01.1890).

Franciszek Jordan odczuwał radość za każdym razem, gdy dokonał czegoś, o czym wiedział, że jest to wolą Boga w jego życiu. Oczywiście, długi okres rozeznawania powołania założyciela, przez który przeszedł, wzmocnił jego wiarę i ufność w Bożą Opatrzność. „Kto mi się oprze, gdy Pan jest ze mną?” – napisał w swoim Dzienniku duchowym (I/1). Aby z powodu misji obok bólu przeżywać radość, trzeba być głęboko zakorzenionym w miłości, którą Bóg obdarza ludzi, posyłając swojego umiłowanego Syna, by zbawił ludzkość. Według Ojca Jordana pasja życia Ewangelią w różnych kontekstach wypływa wyłącznie z tej motywacji. Pisze on: „Twoja gorliwość niech wypływa zawsze z miłości Boga, niech będzie kierowana przez Wolę Bożą i niech będzie ustalona przez mądrość, wytrwałość i sprawiedliwość” (Dziennik duchowy I/137). Taka pewność w życiu nie może nie być źródłem radości w codziennych działaniach, gdy pełnimy naszą misję.

Kiedy Ojciec Jordan rozsyłał drugą grupę misjonarzy do Assamu, skierował do nich bardzo znamienne słowa, które płynęły z jego własnego doświadczenia radości misyjnego posłania. Udzielił im trzech pouczeń, bez przestrzegania których nigdy nie odnajdzie się radości misji: a) wierność nauczaniu Kościoła; b) głęboka cześć dla Najświętszej Dziewicy Maryi, Królowej Apostołów; c) wierność i posłuszeństwo przełożonym (por. Przemówienie z 12.12.1890).

Zapewniał ich, że jeśli będą wiernie wypełniać te trzy pouczenia, nic nie zdoła im odebrać radości z tego, że zostali posłani, by głosić Dobrą Nowinę Ewangelii, oraz z dobrych owoców, które to przyniesie. „Jeśli ją [potrójną wierność] zachowacie, to mogę wam obiecać, że już na tej ziemi znajdziecie prawdziwy pokój oraz powodzenie w waszych pracach” (Przemówienie z 12.12.1890).

Tylko w tym duchu naszego Założyciela możemy odnaleźć radość misji. On sam zresztą dostrzegał to, pisząc w swoim Dzienniku duchowym: „Dopóki jest na świecie jeszcze jeden człowiek, który nie zna Boga i nie kocha Go ponad wszystko, nie możesz ani chwili spocząć. […] Biada mi, gdybym Ciebie, o Panie, nie uczynił znanym wśród ludzi!” (II/1-2).

Na zakończenie dzielę się z wami swoją radością misjonarza. Terenem mojej misji jest kraj w 99% muzułmański. Przybywszy tam, stwierdziłem, że wszystko jest inne niż to, co wcześniej przeżywałem. Była to inna rzeczywistość życia i wiary. Powiedziałem sobie: Panie, dlaczego ja mam pełnić tę misję? Później, w miarę jak się modliłem i przyglądałem życiu naszego Założyciela, doznałem oświecenia. I teraz potrafię odpowiadać tym, którzy mnie pytają: „Dlaczego pozostajesz tam, w tym muzułmańskim środowisku z garstką chrześcijan?” Moją odpowiedzią jest przypowieść naszego Pana o zabłąkanej owcy (Mt 18,12-13): Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. I dlatego nie można opuścić chrześcijan, którzy mieszkają w tym kraju, oni zasługują na naszą uwagę. Dzisiaj czerpię z tego radość.

W roku obchodów stulecia śmierci naszego Założyciela przyswójmy sobie tego ducha i zawsze nośmy w sobie radość, że zostaliśmy posłani na misję, abyśmy potrafili wytrwać w trudnych chwilach i nie ulec zniechęceniu. Za jego wstawiennictwem prośmy, abyśmy pozostali misjonarzami w różnych sytuacjach życia apostolskiego.

„Tak, powinniśmy się starać mieć coraz więcej tego apostolskiego ducha” (Błogosławiona Maria od Apostołów, List z 28 czerwca 1900).

Bp Charles Mahuza Yava SDS - Komory

Ks. Franciszek Jordan SDS

Myśl Ojca Jordana
----------------------------------------------------

O Panie, pomóż mi,
pokaż mi drogę!
Bez Ciebie nic nie potrafię,
od Ciebie spodziewam się wszystkiego.
Tobie, Panie, zaufałem,
nie doznam zawstydzenia się na wieki.

Gościmy na stronie

Dzisiaj:Dzisiaj:925
Wczoraj:Wczoraj:1030
Ten tydzień:Ten tydzień:3146
W tym miesiącu:W tym miesiącu:2933
Wszyscy:Wszyscy:2046789
Teraz odwiedza nas: 113
Dziękujemy za odwiedziny!

Kontakt

Wyższe Seminarium
Duchowne Salwatorianów

Bagno, ul. Ziołowa 51
55-120 Oborniki Śląskie

T: +48 71 310 61 26
F: +48 71 310 61 10